Główny Inspektor Transportu Drogowego

Strona Główna
Patrzysz na wypowiedzi wyszukane dla słów: Główny Inspektor Transportu Drogowego
 




Temat: Reforma Straży Leśnej
Zgadzam się w zasadzie z Kantym. Problem z prawnymi podstawami StL jest w jakiejś mierze wynikiem tego, że LP to jest taki ni to pies ni wydra. Ni to firma, ni administracja. Jak firma to StL powinna być jej ochroną wewnętrzną bez policyjnych uprawnień poza lasem, a jak administracja to powinna mieć te same uprawnienia co Policja. Tyle że tych służb o uprawnieniach policji mamy już stanowczo za dużo, a wciąż pukają nowe. Zaraz się okaże że na tej samej drodze legitymować mnie będzie kolejno Straż Rybacka, Straż Parkowa, Straż Graniczna, Inspekcja Transportu Drogowego, Straż Leśna i Straż Miejska na koniec. A przecież w kolejce jeszcze Żandarmeria, SOK i jeszcze parę ”policji” o CBA, ABW i innych nie wspominając. Każda umundurowana inaczej i każda chcąca czego innego. Ludzie od tego głupieją i raczej jako dziedzictwo czasów minionych to ograniczane, niż dalej rozbudowywane w przyszłości będzie. Powstaje z tego bowiem coraz większy chaos. Od tego powinna być zwyczajnie Policja plus może ze dwie trzy służby. W minionym ustroju nikt nie przejmował się na co dzień specjalnie jakimiś tam prawnymi kruczkami czy innymi pierdołami. Milicjant czy strażnik mógł dosłownie wyjąć pałę i przylać w biały dzień na środku ulicy za zbytnią "dyskusję" z władzą, czy nawet za inne drobne "niemanie świateł" I strach się było komukolwiek poskarżyć. Ale dziś to już przeszłość. Świadomość prawna ludzi (przestępców też) rośnie i nie liczcie na taryfę ulgową. Adwokaci wykorzystają każą lukę prawną – i nie ma co nawet biadolić - to ich robota wszak. I też nie ma co wymagać, by Policja była ”niezielona” w tych niuansach asygnat czy kwitów, skoro wielu z policjantów nawet gatunków drewna nie rozróżnia, bo kto ich tego ma nauczyć? Oni musieli by się znać na drewnie, roślinach i owadach chronionych, gatunkach i wymiarach ryb, i diabli wiedzą na czym jeszcze. Takich omnibusów to tam nie ma i nigdy nie będzie. Dobrze jak same podstawy prawa dostatecznie opanują. Co więc czynić? Myślę, że na dziś znacznie mądrzejsze byłoby dla StL zacieśnienie współpracy z Policją, niż walka o kolejne policyjne uprawnienia. Po co pchać się w to? Nie byłoby głupim rozwiązaniem jakby np. policjant brał udział w każdym (lub choć co niektórych) patrolu StL. Same plusy, bo byłby to facet z zewnątrz, odporniejszy na "lubienie" czy "nielubienie" go przez leśnych szefów i leśne koterie, z wszelkimi uprawnieniami często niedostępnymi strażnikom, no i zawsze policjant to policjant.... Prestiż i mir wśród prostego ludu oni mają jednak wciąż większy. Co do prowadzenia przez samych strażników całości postępowań też byłbym sceptyczny. Na dziś są jednocześnie stroną sporu (jako przedstawiciele n-ctw) prowadzą śledztwa, zbierają dowody, formułują oskarżenia i są na koniec głównym oskarżycielem. Za bogato tego. Bez należytego zresztą przygotowania prawnego (nie ma się więc dziwić, że zagna ich kozi róg byle adwokacina) są w sądzie tylko...... amatorami. Lata praktyki sporo w otrzaskaniu sądowym co prawda dają, ale to i tak otrzaskanie równe sądowemu woźnemu, bo pełnej akademickiej wiedzy prawnej one nigdy nie zastąpią. Strażnicy leśni powinni w mej ocenie jedynie stwierdzić przestępstwo, oszacować szkody, zebrać materiały dowodowe i jak się uda znaleźć sprawcę, to skierować sprawę do sądu. I tyle. Rewidowanie na publicznych drogach, przeszukania osad i inne czynności gdzie StL działa na granicy prawa, robiłbym tylko w obecności Policji. Dla własnego strażników dobra, bo po co pakować się działania na granicy ich kompetencji? W samym sądzie strażnicy występować powinni jedynie jako świadkowie czy oskarżyciele posiłkowi. Prowadzeniem samych spraw w sądach, czy kolejnymi apelacjami, powinni zaś zajmować się już zawodowi prawnicy (radcy prawni) z poziomu RDPLów, bo tylko to gwarantuje jaki taki poziom tych procesów i nieprzegrywanie tych spraw przez LP przez błahostki i niedoróbki prawne. Na wysokość wyroków (nieszczęsna "niska szkodliwość społeczna" się kłania) i ich wykonalność wpływ to mieć będzie niewielki, ale jaśniej by było w kwestiach kompetencji i odpowiedzialności StL. Nie liczyłbym bowiem na dalsze rozszerzanie ich kompetencji. Raczej będzie w mej ocenie odwrotnie.



Temat: Bezpieczeństwo na drogach

Likwidacja punktów karnych za przekroczenie prędkości, ale podwójne mandaty za recydywę - dla kierowców szykuje się rewolucja. Powstaje system automatycznego dozoru nad ruchem drogowym, a projekt przepisów autorstwa posłów PO ma zmniejszyć liczbę drogowych kolizji.

tvn24.pl
Nad automatycznym systemem pracuje Inspekcja Transportu Ruchu Drogowego, znana dotąd z kontroli ciężarówek i autobusów. Zmienione przepisy mają - według zapowiedzi - "być inteligentniejsze" i bardziej zróżnicowane. Główna planowana zmiana to zniesienie punktów karnych za przekroczenie prędkości.

Prędkość przyczyną wypadków

Nadmierna szybkość jest przyczyną co trzeciego wypadku na polskich drogach. Projekt autorstwa posłów PO, ma usankcjonować stworzenie automatycznego systemu nadzoru nad ruchem drogowym. Jego główny element to sieć fotoradarów.

Urządzenia mają automatycznie przekazywać fotografie naruszających przepisy pojazdów do centrum komputerowego. Tam ma nastąpić identyfikacja pojazdu - i automatyczna wysyłka informacji o ukaraniu do posiadacza pojazdu.

Przepisy inteligentniejsze i elastyczne

- Czeka nas zróżnicowanie wielkości kar za to samo wykroczenie - mówi na antenie TVN CNBC Biznes Jerzy Mrygoń z Głównego Inspektoratu Ruchu Drogowego. - Za to samo naruszenie dozwolonej prędkości w obszarze zabudowanym kara będzie wyższa, na autostradzie - niższa - zapowiada.

Obecnie według policyjnego "taryfikatora" wymiar kary zmienia się co 10 km przekroczenia prędkości i nie zależą od miejsca popełnienia wykroczenia. Mandat kosztuje od 50 do 500 zł.

- Chodzi o kategorię drogi - tłumaczy w TVN CNBC Biznes ekspert. - Czym innym jest obszar zabudowany, gdzie drogą mogą przechodzić dzieci do szkoły, a czym innym autostrada, która ma zabezpieczenia przeciw kolizjom, ogrodzenia, dwa pasma ruchu w jednym kierunku. Na obu drogach 10 kilometrów przekroczenia prędkości niesie inne zagrożenia. To jest pierwsze rewolucja - podkreśla Mrygoń.
Nowe kary dotyczą takich samych przekroczeń prędkości, ale w różnych warunkach. To samo przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym 0 30 km/h - będzie skutkowało karą wyższą, niż identyczne - o 30 km/h - przekroczenie dozwolonej prędkości na autostradzie.
Główny Inspektorat Ruchu Drogowego

Człowiek nie jest robotem

- Druga rewolucja w przepisach dotyczy zasad przyznawania i wysokości kar. Zakładamy, że człowiek nie jest robotem. W związku z tym małe przekroczenie prędkości - 10 km poza obszarem zabudowanym, a 5 km w obszarze zabudowanym - w ogóle nie będzie karane. Ono nadal jest naruszeniem, ale kary nie będzie - mówił z naciskiem ekspert w TVN CNBC Biznes.

Kolejne drobne naruszenie - powyżej tego subtelnego progu niekaralności - będzie karana łagodnie - zapowiada Mrygoń. - W związku z tym pierwsze 10 km przekroczenia (czyli 20 km poza obszarem zabudowanym) - to 100 złotych kary.

W kolejnych pozycjach tabeli te kary będą raczej wysokie - mówi ekspert. - Jeśli ktoś w obszarze zabudowanym, gdzie ograniczenie prędkości wynosi 50 km, jedzie 120 km/h, zapłaci tysiąc złotych.

"Podwójne karanie recydywy"

Projekt nowych przepisów przewiduje podwójne kary w przypadku powtórnego przekroczenia prędkości.

- Podwójne karanie recydywy, czyli naliczanie podwójnych kar, jeśli w określonym obrębie czasu (nie jest jeszcze sprecyzowany-red.) dokonaliśmy kolejnych wykroczeń tego samego rodzaju - tłumaczy Mrygoń. Jego zdaniem taka perspektywa ma zmobilizować kierowców.

Kary jak na Europę - łagodne

- W Finlandii, na przykład, obowiązuje system procentowy, obliczany od wynagrodzenia - powiedział Mrygoń. W związku z tym zdaniem eksperta "jak na Europę, nowe kary będą i tak łagodne".

Rozmówca TVN CNBC Biznes przypomniał przypadek gdy za drobne przekroczenie prędkości na motocyklu, prezes dużej firmy telekomunikacyjnej zapłacił w Finlandii ponad 100 tysięcy euro kary. - Tak dużo zarabiał - dodał ekspert.

Ale to już było...

Nowelizację przepisów o nadzorze ruchu drogowego zgłaszał przed rokiem rząd PiS. Wówczas w kampanii wyborczej lider ówczesnej opozycji Donald Tusk z przekąsem wypowiadał się o proponowanych zmianach, zarzucając władzy nadmierne kontrolowanie obywateli. Jak mówił - "drogi są coraz gorsze, ale na ulicach pojawiły się fotoradary".






Temat: Wszystko o Farmutilu i Henryku Stokłosie
"Tajne przez poufne" - czyli o tajemnicy smrodu

Na początku maja otrzymaliśmy mnóstwo telefonów od mieszkańców Śmiłowa, Jeziorek, Piły i Kaczor dotyczących senatorskiego smrodu paraliżującego ośrodkowy układ nerwowy mieszkańców powiatu pilskiego. Mieszkańcy doprowadzeni prawie do obłędu dzwonili również do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Poznaniu Delegatura w Pile.
Poprosiliśmy Inspektorat o relacje z podjętych działań w stosunku do największego wytwórcy smrodu w naszym regionie - Zakładu Rolniczo-Przemysłowego "Farmutil HS" w Śmiłowie należącego do senatora Henryka Stokłosy. W odpowiedzi uzyskaliśmy informacje, które przyprawiły nas o zawrót głowy, a żeby nie kręciło się tylko nam, ale również i Wam, poniżej przedstawimy te rewelacje.
WIOŚ Delegatura w Pile już w dniu 4 kwietnia 2005 roku zwrócił się do wytwórców smrodu ze Śmiłowa o niezwłoczne wyjaśnienie przyczyn zwiększonej emisji substancji zapachowych. Jak przystało na senatorski zakład, niezwłocznie udzielono odpowiedzi na wspomniane pismo, to jest po upływie 10 dni. Z wyjaśnień naszego kolejnego ulubionego "kłamczuszka" Stokłosy - pana Jerzego Girgiela (którego przezywają głównym ekologiem "Farmutilu") - dyrektora od spraw inwestycji i ochrony środowiska wynika, że przyczyną wzmożonej emisji substancji zapachowych była zła jakość przetwarzanych odpadów (charakteryzująca się wysokim stopniem rozkładu) pochodzenia zwierzęcego przetwarzanych w tych dniach. Dyrektor Girgiel pokrętnie, naszym zdaniem, tłumaczy się z przyczyn majowego zasmrodzenia powiatu pilskiego. Ale do tego jeszcze wrócimy.
Dalej w swoim piśmie "ściemnia" coś o zobowiązaniach wobec kontrahentów oraz o zagrożeniu sanitarno-epidemiologicznym w przypadku zaniechania odbioru. Zaniepokojony, tego typu praktykami Inspektorat Ochrony Środowiska w Pile, powołując się na art. 146 ust. 1 ustawy - Prawo ochrony środowiska, przypomniał 'Farmutilowi', że obowiązkiem prowadzącego instalację jest stosowanie surowców zapewniających ograniczenie ich negatywnego oddziaływania na środowisko i zdrowie ludzi. Dalej pilski Inspektorat, chcąc zapobiec dostarczaniu do "Farmutilu" odpadów pochodzenia zwierzęcego złej jakości, wnosi o przesłanie wykazu kontrahentów dostarczających owe odpady, w celu podjęcia działań zmierzających do ich zdyscyplinowania. W odpowiedzi ZRP "Farmutil" informuje, że dane kontrahentów traktują jako poufne i nie mogą udzielić takich informacji.

Podsumujmy:
1. ZRP "Farmutil" jest największym wytwórcą smrodu w powiecie pilskim.
2. Skoro śmierdzi u nas od zawsze prawie tak samo intensywnie, to może znaczyć, że odpady przetwarzane w Śmiłowie, to odpady pochodzenia zwierzęcego złej jakości, charakteryzujące się wysokim stopniem rozkładu.
3. Odpady pochodzenia zwierzęcego charakteryzujące się wysokim stopniem rozkładu zwożone do Śmiłowa stwarzają potencjalne zagrożenie epidemiologiczne dla mieszkańców powiatu.
4. ZRP "Farmutil" łamie przepisy ustawy z dnia 27 kwietnia 2001 roku o odpadach (art. 5-8 ustawy zobowiązują wytwórcę oraz posiadacza odpadów do postępowania z nimi zgodnego z zasadami gospodarowania odpadami oraz wymaganiami ochrony środowiska, przez co rozumie się m.in. podejmowanie działań w celu ograniczania negatywnego oddziaływania na środowisko i zdrowie ludzi w trakcie ich powstawania, magazynowania, transportu i unieszkodliwiania).
5. ZRP "Farmutil" łamie przepisy ustawy Prawo ochrony środowiska (art. 146 ust. 1 mówi, że obowiązkiem prowadzącego instalację jest stosowanie surowców zapewniających ograniczenie ich negatywnego oddziaływania na środowisko).
6. Rozumiemy, że miejsce przeznaczenia wyrobów "Farmutilu" wytwarzanych dla wojsk NATO (zakłady te posiadają specjalny certyfikat) jest tajne, natomiast utajnianie listy kontrahentów dostarczających trujące odpady i łamiących obowiązujące normy prawne - to czysta kpina i świadczy to, naszym zdaniem, o ukutym zawołaniu: "Wytwórcy smrodu i truciciele całego kraju - łączcie się!".
7. Skoro policja ochrony środowiska, jaką jest Inspektorat Ochrony Środowiska, nie może żądać listy zakładów, które łamią prawo ochrony środowiska, to kto? Czy w takim razie Inspekcja Ochrony Środowiska może właściwie realizować nałożone na nią obowiązki, np. kontrola przestrzegania przepisów o ochronie środowiska, czy kontrola przestrzegania przepisów w zakresie gospodarowania odpadami?

Nie tak dawno, informowaliśmy o wynikach kontroli samochodów senatora Stokłosy przeznaczonych do przewozu odpadów pochodzenia zwierzęcego przez Państwową Inspekcję Transportu Drogowego. Wszystkie samochody posiadały większe lub mniejsze uchybienia ale, co ważne, nie posiadały dokumentów, na podstawie których można byłoby stwierdzić, skąd odpady są przywożone, w jakich ilościach oraz jakiej kategorii. Przez analogię można by sądzić, że to też pan Stokłosa utajnia.



Temat: [pr] Jazda po kase


No to weźmy pierwszy z brzegu przykład art. 153 ustawy o szkolnictwie wyższym.
Brzmi on:
"Studentom przysługuje prawo do korzystania z ulgi 50 % w opłatach za przejazdy
środkami komunikacji miejskiej"

Skoro tak, to należałoby zapytać, czy autobusy linii D są "środkami komunikacji
miejskiej". Biorąc pod uwagę definicję KM zawartą w UTD - spełnia warunki, by
być za takie uznanymi, lecz nie uważam, by słuszną była interpretacja, że każda
linia biegnąca wewnątrz obszaru określonego jak w UTD była z automatu
klasyfikowana jako linia komunikacji miejskiej...


Są jak najbardziej.


Niezależnie od odpowiedzi na pytanie, czy D jest "z automatu" komunikacją
miejską od razu widać, że komunikacją miejską _nie_są_ linie KZK GOP jak na
przykład 24, 42, 820, 20, 221, 809, 617, 59, 194, 68, 41 i wiele innych. A
contrario na liniach tych studenci powinni bulić całość, a także w autobusach
powinny być firanki w oknach i inne duperszwance ;-)


Też są.

1. Lokalny transport zbiorowy

pojęcie to występuje w definicji komunikacji miejskiej (art. 4 pkt 7a
ustawy z dnia 6 września 2001 o transporcie drogowym)
przy jego interpretacji pomocna może być głównie wykładnia językowa,
zgodnie z którą można przyjąć, iż lokalnym transportem zbiorowym są
regularne przewozy ograniczone miejscowo wyłącznie do obszaru wskazanego
w art. 4 pkt 7a (odpowiednio miasto, miasto i gmina lub miasto i gminy
sąsiadujące) mające na celu głównie zaspokajanie potrzeb mieszkańców
tego terenu.
lokalny – miejscowy, właściwy danemu miejscu; ograniczony do danego
miejsca (Mały słownik języka polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN,
Warszawa 1995)
transport – przewóz ludzi lub ładunków różnymi środkami lokomocji (Mały
słownik języka polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995)
zbiorowy – odnoszący się do zbioru, do pewnej grupy ludzi lub rzeczy;
złożony z wielu jednostek; gromadny, kolektywny (Mały słownik języka
polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995)
Lokalny transport zbiorowy może być realizowany przez:
samorządy szczebla gminnego, które organizują (i ewentualnie finansują)
komunikację miejską,
przedsiębiorców wykonujących przewozy na zasadach ogólnych na własne
ryzyko.

http://www.mi.gov.pl/moduly/jednostki/informacja.php?id_jednostki=23&...

Wyjaśniłem niejasności ? ;-)
Wszystkie ewentualne niejasności wynikają ze struktury naszego regionu.
Ot co. Ale w takim wypadku szedłbym za wykładnią celowościową - w razie
potrzeby.


Nie sądzę, by się znalazł. Papugi wolą rozstrzygać spory rozwodowe o podział
majątku niż zajmować się dezelami wożącymi ludzi...


Po pierwsze ktoś musi mieć w tym interes. No ja k podejrzewasz
przestepstwo, to złóż skargę do właściwych organów - rozwieją ci
wątpliwości.


No to chyba normalne, że nie chcę zdradzić tajemnicy ;-) Na chwilę obecną
przyjmijmuy, że moim zdaniem kilka solidnych inspektorów ITD w połączeniu z
upierdliwym fiskusem sprawę by załatwiło ;-)


Niestety ustawa o UTD i prawo przewozowe nie przystajązbytnio do
warunków naszego regionu... Sam ostatnio mam wątpliwości po przeczytaniu
kilku książek, kto z kim zawiera umowę przewozu ;-)
A skarbówka to każdego położy jak chce.


PZDR
bm


pozdr
eMeM

P.S. W UTF-8 będzie, bo wklejane z WWW i nie wiem jak to cholerstwo
zrobić...





Temat: [pr] Jazda po kase
HeJ



| No to weźmy pierwszy z brzegu przykład art. 153 ustawy o szkolnictwie
| wyższym. Brzmi on:
| "Studentom przysługuje prawo do korzystania z ulgi 50 % w opłatach za
| przejazdy środkami komunikacji miejskiej"

| Skoro tak, to należałoby zapytać, czy autobusy linii D są "środkami
| komunikacji miejskiej". Biorąc pod uwagę definicję KM zawartą w UTD -
| spełnia warunki, by być za takie uznanymi, lecz nie uważam, by słuszną
| była interpretacja, że każda linia biegnąca wewnątrz obszaru określonego
| jak w UTD byąa z automatu klasyfikowana jako linia komunikacji miejskiej...

Są jak najbardziej.


Tylko na podstawie tego, że przebiegają na terenie określonym jw.? A co z
wrocławską 419 w takim razie?


| Niezależnie od odpowiedzi na pytanie, czy D jest "z automatu" komunikacją
| miejską od razu widać, że komunikacją miejską _nie_są_ linie KZK GOP jak na
| przykład 24, 42, 820, 20, 221, 809, 617, 59, 194, 68, 41 i wiele innych. A
| contrario na liniach tych studenci powinni bulić całość, a także w
| autobusach powinny być firanki w oknach i inne duperszwance ;-)

Też są.

1. Lokalny transport zbiorowy

pojęcie to występuje w definicji komunikacji miejskiej (art. 4 pkt 7a
ustawy z dnia 6 września 2001 o transporcie drogowym)
przy jego interpretacji pomocna może być głównie wykładnia językowa,
zgodnie z którą można przyjąć, iż lokalnym transportem zbiorowym są
regularne przewozy ograniczone miejscowo wyłącznie do obszaru wskazanego
w art. 4 pkt 7a (odpowiednio miasto, miasto i gmina lub miasto i gminy
sąsiadujące) mające na celu głównie zaspokajanie potrzeb mieszkańców
tego terenu.
[...]
Lokalny transport zbiorowy może być realizowany przez:
samorządy szczebla gminnego, które organizują (i ewentualnie finansują)
komunikacją miejską,
przedsiębiorców wykonujących przewozy na zasadach ogólnych na własne
ryzyko.

http://www.mi.gov.pl/moduly/jednostki/informacja.php?


id_jednostki=23&id_informacji=302&opcja=pokaz


Wyjaśnłiem niejasności ? ;-)


Niestety nie. Pominąłeś istotny framgnemt nie podlegający interpretacji - w
przypadku wszystkiego, co porusza się ponad miasto jest sprecyzowany wprost
warunek porozumienia komunalnego lub związku komunalnego. Innymi słowy - co
wykracza poza granice tak nakreślonego obszaru, komunikacją miejską nie jest,
choćby i było sąsiadujące.


Wszystkie ewentualne niejasności wynikają ze struktury naszego regionu.
Ot co.


Nihil novi.


Ale w takim wypadku szedłbym za wykładnią celowościową - w razie
potrzeby.


Ale tu nie ma co używać jakiejkowliek wykładni - skoro w ustawie zawarty jest
wprost warunek uznania czegoś za komunikację miejską, to albo warunek ten jest
spełniony, albo nie.


| Nie sądzę, by się znalazł. Papugi wolą rozstrzygać spory rozwodowe o
| podział majątku niż zajmować się dezelami wożącymi ludzi...

Po pierwsze ktoś musi mieć w tym interes.


W czym? UTD jest zdaje się elementem prawa administracyjnego, a nie cywilnego...


No jak podejrzewasz przestepstwo, to złóż skargę do właściwych organów -
rozwieją ci wątpliwości.


Na pewno nie przestępstwo, bo póki co nie mamy do czynienia z prawem karnym.


| No to chyba normalne, że nie chcę zdradzić tajemnicy ;-) Na chwilę obecną
| przyjmijmy, że moim zdaniem kilka solidnych inspektorów ITD w połączeniu z
| upierdliwym fiskusem sprawę by załatwiło ;-)

Niestety ustawa o UTD i prawo przewozowe nie przystają zbytnio do
warunków naszego regionu...


Co w najmniejszym stopniu nie uprawnia do ich łamania.


Sam ostatnio mam wątpliwości po przeczytaniu kilku książek, kto z kim zawiera
umowę przewozu ;-)


Zapodaj tytuły, chętnie się zapoznam ;-)


P.S. W UTF-8 bć dzie, bo wklejane z WWW i nie wiem jak to cholerstwo
zrobić ...


Kaszana wyszła, ale poprawiłem ;-)

PZDR
bm





Temat: Warszawa i okolice (Mazowsze)
RZECZPOSPOLITA
http://www.rzeczpospolita...rszawa_a_1.html

TRANSPORT
Martwy zakaz wjazdu ciężarówek

Kierowcy ciężarówek łamią zakaz wjazdu do Warszawy w godzinach szczytu. Władze miasta apelują do mundurowych o kontrole. A urzędnicy będą liczyli tiry na ulicach

PODPIS POD ZDJĘCIEM TiR: "Przez Warszawę przejeżdża codziennie ponad 35 tys. pojazdów o masie powyżej 16 ton. Dla większości z nich stolica to główny cel podróży
ROBERT GARDZIŃSKI"

Al. Jerozolimskie, Towarowa, Trasa Łazienkowska: jeden wielki korek z powodu wakacyjnych remontów. Sytuację dodatkowo utrudniają jeżdżące w godzinach szczytu ciężarówki, których wtedy w mieście być nie powinno.
Zakaz swoje, życie swoje
Zasadę "stop dla ciężarówek wmieście" wprowadził przed wyborami samorządowymi w2006 roku p.o. prezydenta Warszawy Kazimierz Marcinkiewicz. Przepis obowiązuje wgodzinach7 - 10 i16-20.
- W czasie komunikacyjnego szczytu do miasta mogą wjeżdżać tylko pojazdy z identyfikatorami C16 -potwierdza rzecznik Zarządu Dróg Miejskich Urszula Nelken.
Drogowcy wydali do tej pory przeszło 5 tysięcy takich dokumentów (ponad 200 czeka na odbiór, a 130 wniosków zostało odrzuconych). Powinny one zostać umieszczone w widocznym z zewnątrz miejscu za przednią szybą.
- Kierowcy jednak łamią zakaz wjazdu - przyznaje wiceprezydent miasta Jacek Wojciechowicz. - Zleciłem Biuru Drogownictwa liczenie tirów bez identyfikatorów na głównych trasach, aby poznać skalę problemu. Zwrócę się też z prośbą do policji i Inspekcji Transportu Drogowego o kontrole -zapowiada.
W przyszłym tygodniu Wojciechowicz ma się spotkać w tej sprawie z szefem ITD na Mazowszu Michałem Rzemieniewskim. Na razie inspektorzy do egzekwowania zakazu się nie przykładają. Nie wiadomo nawet, ile mandatów wlepili kierowcom wjeżdżającym na dziko. Według rzecznika ITD Alvina Gajadhura jego instytucja nie prowadzi w tej sprawie osobnych statystyk.
Dzwoniący do redakcji kierowcy skarżą się, że tiry wciąż wjeżdżają do miasta i blokują ulice.
Pracownicy firm transportowych przyznają, że zdarza im się jeździć bez zezwoleń.
-Popyt na usługi jest wielki: miasto się rozwija, wciąż ruszają nowe budowy. Czasem jedziemy bez dokumentów. Mundurowi rzadko kiedy się czepiają -mówi właściciel firmy transportowej (nazwisko do wiadomości "Rz").
Tiry aż do Euro 2012
Wciągu najbliższych lat ciężarówek w mieście będzie przybywało. Powód - w związku z Euro 2012 mają powstać m.in. Stadion Narodowy, druga linia metra i fragmenty obwodnicy ekspresowej. Już teraz nawet na dużych budowach wmieście pojawiają się pojazdy bez zezwoleń. Podczas konferencji prasowej Marcin Wiśniewski - wiceprezes firmy Z UE Kraków przebudowującej tory w Al. Jerozolimskich - zapewniał, że obsługujące budowę ciężarówki mają identyfikatory. Po jej zakończeniu na zaplecze budowy wjechał jednak tir... bez dokumentu C16 za szybą.
- Gdyby nie zakaz, ciężarówek byłoby w mieście znacznie więcej. Przepis ucywilizował nieco ruch - twierdzi za to Wojciech Siennicki ze Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych.
KONRAD MAJSZYK



Temat: Prasówki
[Lublin]Jak prywaciarze unikali kontroli

Gdy tydzień temu kierowcy prywatnych autobusów zorientowali się, że na pętli autobusowej na Porębie czekają inspektorzy z Wojewódzkiego Inspektoratu Transportu Drogowego, większość na wszelki wypadek stamtąd zwiała.
Inspektorzy WITD czekali na autobusy jeżdżące na liniach 9 i 31. Badali, czy nie emitują za dużo spalin. Udało im się skontrolować siedem, głównie należących do MPK. Dwa z nich zatrzymali: dymiły ponad normę. Prywatni przewoźnicy robili wszystko, aby uniknąć kontroli. - Autobusy prywatne z numerami bocznymi 200 oraz 018 nie dojechały na Porębę. Ten ostatni nawracał na rondzie przy Carrefourze - relacjonuje na Lubelskim Forum Komunikacyjnym internauta podpisujący się jako Paweł.P. Ten sam internauta kilka postów niżej dodał, że kierowca autobusu MPK powiedział mu, że "prywaciarze wiedzą o kontroli i będą omijać Porębę". W efekcie kilkanaście prywatnych autobusów na Porębę nie dojechało. Jeden z prywatnych autobusów linii 31 rozpoczynał trasę z al. Jana Pawła II, choć powinien ruszać z Poręby.

Przed czym tak uciekali? Jeżeli inspektorzy stwierdzą, że autobus za dużo kopci, zabierają kierowcy dowód rejestracyjny. Pojazd musi trafić do warsztatu i na stację kontroli. WITD pobiera 300 zł kary i oddaje dowód rejestracyjny, jeśli przewoźnik uzyska zaświadczenie, że po naprawie wszystko jest w porządku, a emitowane spaliny mieszczą się w normie.

- Wiemy, że niektórzy kierowcy usiłują nas unikać. Dlatego próbujemy dwa-trzy razy przenosić się i prowadzić kontrolę w różnych miejscach. Czasami udaje się nam niemal wyjść naprzeciw uciekającym przed nami kierowcom - mówi Zbigniew Kubik, naczelnik wydziału inspekcji WITD. Przyznaje, że inspektorat nie jest w stanie wyciągnąć konsekwencji wobec tych, którzy boją się kontroli.

- Kierowcy powinni się stosować do rozkładu jazdy, ale mają setki powodów, żeby zjechać z trasy. Z pewnością gdybyśmy odnaleźli tych, którzy przed nami ostatnio uciekali, to przedstawiliby nam zaświadczenia lekarskie, że np. bolał ich żołądek - uważa Kubik.

Sprawą zajmie się wydział gospodarki komunalnej urzędu miasta, który wydaje pozwolenia prywatnym przewoźnikom. - Wydział potraktuje sygnał od "Gazety" i internautów poważnie, poprosi przewoźników o wyjaśnienia - zapowiada Mirosław Kalinowski z biura prasowego ratusza.

Dwa autobusy, które "wpadły" w czasie zeszłotygodniowej kontroli, należą do MPK. - Neoplan i stary jelcz M11. Ten pierwszy od razu pojechał do warsztatu i na drugi dzień mógł wyjechać na miasto. Natomiast jelcz czekał już na generalny remont i po prostu poszedł do niego wcześniej. Pierwszy raz w tym roku zdarzyło się nam, by WITD zatrzymał nasze pojazdy - wyjaśnia Stanisław Wojnarowicz, rzecznik MPK.

Źródło: Gazeta Wyborcza - Lublin



Temat: Rusza CEPiK ...
Przetarg na stworzenie kluczowego dla sprawnego działania CEPiK systemu transmisji danych po półtora roku został unieważniony. Bez tego systemu nie da się zakończyć budowy CEPiK.
CEPiK miał być błogosławieństwem dla kierowców i policji, pozwalając błyskawicznie identyfikować skradzione auta i piratów drogowych oraz utrudnić jazdę bez ważnego ubezpieczenia OC. Nad systemem wisi jednak fatum, które co rusz odsuwa w przyszłość jego stworzenie. O powstaniu CEPiK Sejm postanowił w połowie 1997 r., zakładając, że stanie się to w 1999 r. Potem pojawiały się kolejne terminy. Dwa lata temu wydawało się, że fatum wreszcie odpędzono. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji podpisało umowę o budowie systemu z wyłonionym w przetargu konsorcjum firm Softbank (związanym kapitałowo z Prokomem) i Face Technologies z RPA. Za 230 mln zł miały one zbudować CEPiK do końca 2005 r. Ale także ten termin okazał się nierealny. Na początku października MSWiA podpisało aneks, przesuwając termin zakończenia budowy systemu do końca września 2006 r. Według Softbanku to wina MSWiA. Resort nie zbudował na czas bunkra do przechowywania kopii wszystkich danych z systemu i nie uruchomił systemu transmisji danych do CEPiK. Bez tych inwestycji budowa CEPiK się nie zakończy.

Kamień węgielny po budowę bunkra były szef MSWiA Ryszard Kalisz położył 20 września tego roku. Inwestycję planuje się ukończyć w grudniu 2006 r., a odbiór bunkra przewidziano na początku 2007 r. To później niż termin ukończenia budowy systemu w aneksie z Softbankiem.

Jeszcze gorzej ma się rzecz z systemem transmisji danych. Bez niego CEPiK jest jak ślepy, bo zawarte w systemie dane nie są na bieżąco aktualizowane o informacje o pojazdach i kierowcach ze starostw. Także starostwa nie mają bieżącej informacji o pojazdach poszukiwanych przez policję w Polsce i Europie.

Dwustopniowy przetarg na stworzenie systemu transmisji danych dla CEPiK resort spraw wewnętrznych ogłosił wiosną 2004 r. Jego rozstrzygnięcie ciągle się jednak przewlekało. W połowie października biuro prasowe MSWiA powiedziało nam, że ocena ofert powinna zakończyć się w ciągu dwóch miesięcy, a decyzję o wyborze wykonawcy podejmie nowy rząd. Okazało się jednak, że resort spraw wewnętrznych zbyt optymistycznie ocenił sytuację. Dwa tygodnie później trwający półtora roku przetarg na budowę sieci łączności dla CEPiK został unieważniony. Decyzję tę podjęto dosłownie w przeddzień przejęcia władzy w MSWiA przez nowy rząd. Biuro prasowe resortu spraw wewnętrznych poinformowało nas, że przetarg unieważniono, gdyż w ofercie jednej firmy były błędy w obliczeniu ceny i dlatego została odrzucona. Nie można zaś było prowadzić przetargu, w którym pozostała tylko jedna firma z ważną ofertą.

Obecnie MSWiA zastanawia się na wznowieniem przetargu, a decyzję w tej sprawie podejmie już nowe kierownictwo resortu. Termin zakończenia budowy CEPiK jest więc teraz wielką niewiadomą.

Problemy z zakończeniem budowy CEPiK zbiegły się w czasie z rezygnacją z wymogu podawania numeru silnika przy rejestracji samochodu i dopuszczaniu go do ruchu. Tę obowiązującą od końca października zmianę w przepisach kodeksu drogowego wprowadzono okrężną drogą, wpisując ją podczas prac w parlamencie do nowelizacji zupełnie innej ustawy, o transporcie drogowym. Według Edwarda Maniury (PO) zmianę proponowało Ministerstwo Infrastruktury. Twierdzi ono, że na świecie silnik samochodu traktuje się jako część wymienną, która nie wymaga identyfikacji, a dyrektywa UE z 1999 r. nie wymaga wpisywania numeru silnika do dowodu rejestracyjnego. Jednak do tej pory sprzedawcy nowych samochodów w Polsce nie mieli problemów z podawaniem numeru silnika. A obecnie numeru silnika nie będzie nie tylko w dowodach rejestracyjnych, ale także w bazach CEPiK. Policja jednoznacznie ocenia tę sytuację. - To nie pomoże w walce w kradzieżami samochodów - powiedział nam inspektor Jerzy Skrycki, zastępca dyrektora biura taktyki zwalczania przestępczości Komendy Głównej Policji. Jego zdaniem obecnie większość samochodów kradnie się po to, by je rozebrać na części. Nieoznakowane podzespoły łatwiej zaś upłynnić.

źródło Gazeta Wyborcza



Temat: Technika - "Kabiny Ciężarówek" - Informacje
TECHNIKA - "KABINY CIĘŻARÓWEK" - INFORMACJE

Musi spełniać wiele innych potrzeb, również tych z pozoru trywialnych. Powinieneś móc wyprostować gnaty, coś zjeść i się napić. Dobrze, gdy nie musisz męczyć się w upale lub w zimnie. Łączność ze światem i innymi kierowcami to podstawa.

Bezkonkurencyjne są kabiny amerykańskich trucków. W kraju, gdzie nie ma tak restrykcyjnych ograniczeń w rozmiarach ciężarówek jak w Europie, kabiny często przypominają małe saloniki. Bajecznie wyposażone, z dobrym sprzętem grającym, telewizorami, a ostatnio również odtwarzaczami DVD i laptopami. Na naszym kontynencie jedyną ciężarówką oferującą podobny komfort jest od niedawna Scania z kabiną typu Longline. Europejscy kierowcy muszą zadowalać się ciaśniejszym miejscem pracy. Na szczęście przepisy wyeliminowały w dalekim transporcie tak zwane „kurniki”, czyli krótkie kabiny z miejscem do spania w nadbudówce na dachu. To był koszmar. Do szczęściarzy mogą się zaliczać ci, którzy jeżdżą Renault Magnum. W tym samochodzie kabina jest całkowicie odizolowana od silnika i ma zupełnie płaską podłogę. Niestety, za ciszę i swobodę wyprostowania się, płaci się niewygodną wspinaczką po kilku stopniach. Niektórzy kierowcy wolą tradycyjne kabiny, w których na podłodze, między fotelami jest niewielki tunel. Mówią, że po kabinie i tak się raczej nie chodzi, a korzystając z tunelu łatwiej sięgnąć do wysoko położonych schowków czy wejść na leżankę. Miejsca do spania to pięta achillesowa europejskich ciężarówek. Batalia między producentami toczy się dosłownie o każdy centymetr. I choć z każdym nowym modelem rozmiary i grubość materacy zwiększają się, to życzenie „miłych snów” spełni się raczej tylko kierowcom najwyżej średniego wzrostu i takiej też tuszy. Pod leżanką zwykle jest duży schowek lub lodówka. W kabinach z wysokim dachem dość obszerne schowki udaje się wygospodarować nad przednią szybą. Czasem można tam umieścić mikrofalówkę. Zasadą jest, że tablica rozdzielcza wygina się, jak gdyby obejmując kierowcę. Dzięki temu ma on pod ręką nie tylko mechanizmy sterowania czy radio, ale również miejsce na przekąskę i napój. Dla zawodowca bardzo ważne jest, aby mógł w każdej chwili sięgnąć po „gruszkę”, czyli mikrofon do radia CB. Nawet w dobie telefonów komórkowych i systemów nawigacyjnych radio CB jest niezastąpione. Pozwala ostrzegać o korkach czy zaczajonych na drodze „miśkach z suszarkami” i „krokodylach”, czyli policjantach i zielono umundurowanych inspektorach Inspekcji Transportu Drogowego. Aby łatwiej się porozumiewać, niektórzy kierowcy umieszczają za szybą tabliczkę z imieniem lub pseudonimem. Coraz bogatsze staje się wyposażenie służące przekazywaniu informacji i rozrywce. Rozpowszechnia się klimatyzacja. Polepsza się poziom wykończenia kabin. Za dopłatą oferowana jest skórzana tapicerka czy drewnopodobne okleiny. DAF zapoczątkował nową modę projektując tablicę rozdzielczą przypominającą kształtem tę, znaną z samochodów osobowych. Systemy wspomagania pozwalają montować mniejsze, bardziej wygodne kierownice. Drążki zmiany biegów coraz bardziej przypominają dżojstiki. Ostatnio rozpowszechniają się zautomatyzowane skrzynie przekładniowe, które dostarcza głównie firma ZF. Są równie łatwe w obsłudze jak klasyczne „automaty”. Z pomocą tym, którzy chcą udoskonalić, czy upiększyć swoją ciężarówkę przychodzą wyspecjalizowane firmy tuningowe. Pomyśleć, że kiedyś kierowcy Starów dostawali wraz z ciężarówką służbowe baranie kożuchy, a bez termosu trudno było napić się w drodze czegoś ciepłego.

Autor tesktu: Michał Kij

Tekst pochodzi ze strony: www.motofakty.pl




Temat: [pr] Podłoga przy ziemi
a tu kolejny artykuł na ten temat, nawet bardzo ciekawy :)

------------------------------------------------------------------------

http://bytom.naszemiasto.pl/wydarzenia/485820.html

Nieważne ile przejechały?

Piątek, 10 czerwca 2005r.

Zlecając przewoźnikom obsługę linii, Komunikacyjny Związek Komunalny GOP nie
sprawdza stanu technicznego autobusów, które będą wozić pasażerów. Jeden z
warunków przetargu dotyczy tylko wieku taboru. Nam wydaje się, że ważniejsze
jest raczej to ile autobusy przejechały kilometrów?

Ogłaszając przetarg, określamy, że autobusy kursujące na danej linii nie
mogą mieć więcej niż np. 5 czy 10 lat. Jest to uzależnione m.in. od długości
trasy. Jeśli autobus mieści się w określonym przedziale wieku, nie rozważamy
dalej jego stanu. Jeśli przeszedł badania techniczne i został dopuszczony do
ruchu, niewiele możemy zrobić - przekonuje Marek Klimek, główny specjalista
ds. informacji i promocji KZK GOP. - Umowy na obsługę linii podpisywane są
na dłuższy okres. Dlatego niektóre z autobusów jeżdżą na podstawie umów
zawartych kilka lat temu - dodaje.

Związek zatrudnia kontrolerów, którzy na co dzień sprawdzają stan autobusów.
Robią to na przystankach lub w czasie jazdy. Kontrolerów jest jednak
niewielu i w praktyce niewiele mogą.

Kontrolerzy oceniają estetykę i wygląd zewnętrzny autobusów oraz zgodność
kursów z rozkładem jazdy. Jeśli chodzi o sprawy techniczne, sprawdzają
kasowniki, drzwi, siedzenia, stan podłogi, opon czy przegubu. Każdy
kontroler jest kierowcą z dużym doświadczeniem. Jeśli zauważy coś
zagrażającego bezpieczeństwu, może zawiadomić policję i takie sytuacje się
zdarzają - twierdzi Marek Klimek.

Za uchybienia KZK GOP nakłada na przewoźników kary w wysokości od 100 do
nawet ponad tysiąca złotych. - Codziennie kontrolujemy 4 procent kursów.
Oznacza to, że każdy kurs jest kontrolowany średnio co 25 dni - wylicza
Marek Klimek.

- Tak naprawdę, jeśli chodzi o stan techniczny autobusu, kontrolerzy KZK GOP
nie są w stanie niczego sprawdzić. Widzą tylko to, co jest na zewnątrz -
uważa jeden z kierowców.
- Kontrolerzy starają się tylko udowodnić nam, że jeździmy niezgodnie z
rozkładem - dodaje inny.

- To dziwna i niepokojąca sytuacja - mówi Marek Klimek o wynikach
poniedziałkowej kontroli Inspekcji Transportu Drogowego. W czasie akcji w
Bytomiu-Miechowicach inspektorzy skontrolowali cztery autobusy należące do
Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej w Bytomiu. Zatrzymali trzy dowody
rejestracyjne, a dwa ikarusy prosto z przystanku kazali odholować do
zajezdni. Jeden z tych autobusów badania techniczne zaliczył pozytywnie
zaledwie tydzień wcześniej.

Zdajemy sobie sprawę z realiów ekonomicznych, ale tabor, choć nie
najmłodszy, musi być sprawny technicznie - podkreśla Marek Klimek.

Co zatem zrobi KZK GOP? - Nie przewidujemy szczególnych akcji. Kontrole będą
się odbywać na takich samych zasadach, jak do tej pory - podsumowuje Marek
Klimek.

Igor Cieślicki - Dziennik Zachodni





Temat: Stan techniczny autobusów MZA a bezpieczeństwo pasażerów



Wożą nas autobusowe wraki
Janina Blikowska, Marek Kozubal 16-07-2008, ostatnia aktualizacja 16-07-2008 22:00

Co czwarty skontrolowany przez policję autobus miejski musiał wrócić do zajezdni! Niektóre stołeczne ikarusy zostały wyprodukowane w latach 80 i przejechały już milion kilometrów!

świcie przy zajezdniach autobusowych przy Woronicza, Ostrobramskiej i Kleszczowej pojawiły się radiowozy drogówki. Mundurowi kontrolowali stan techniczny pojazdów, które od rana miały wozić pasażerów.

– Sprawdziliśmy 35 autobusów, zatrzymaliśmy dowody rejestracyjne dziewięciu pojazdów – mówi Paweł Piasecki, naczelnik drogówki. Zdaniem funkcjonariuszy część usterek mogła zagrażać bezpieczeństwu pasażerów. Wykryto m.in. niesprawności układu kierowniczego, usterki oświetlenia czy wycieki płynu hamulcowego. Wszystkie niesprawne wozy – głównie ikarusy – zostały cofnięte do zajezdni.

Kierowcy też się boją

– Kontrolowani kierowcy byli zadowoleni, bo sami nie czują się bezpiecznie w takich pojazdach. Mówili, że sygnalizowali zły stan techniczny przełożonym, ale ci nie reagowali – mówi jeden z policjantów biorących udział w kontroli.

– Stan techniczny taboru jest fatalny, bardzo dobrze że policja przeprowadziła taką kontrolę. Powinna to robić częściej - mówi Tadeusz Słoniewski, przewodniczący Wolnego Związku Zawodowego Kierowców. Tymczasem Miejskie Zakłady Autobusowe nie mają sobie nic do zarzucenia: - Stan żadnego autobusu skontrolowanego przez policję nie zagrażał bezpieczeństwu pasażerów – uważa Adam Stawicki z MZA.

Jego zdaniem zawinili pracownicy zajezdni, którzy nie przeprowadzili codziennej kontroli przed wypuszczeniem autobusów na miasto. Dlatego żarówki były poprzepalane, a opony miały zbyt mały bieżnik. Zdaniem Stawickiego wycieki płynów, które stwierdziła policja „to w rzeczywistości zjawisko pocenia się, które występuje w wyższych temperaturach“.

– Wobec winnych zaniedbań zostaną wyciągnięte konsekwencje – deklaruje Stawicki.

Milion na liczniku

Codziennie na warszawskie ulice wyjeżdża około tysiąca autobusów. MZA dysponuje przestarzałymi wozami, średni wiek taboru wynosi 11 lat. Warszawiaków wożą m.in. ikarusy, które zostały kupione jeszcze w latach osiemdziesiątych. Teraz jest ich ok. 700.Rocznie każdy autobus przejeżdża ok. 70 tysięcy kilometrów. Rekordziści mają jednak już za sobą nawet milion!

– Zgodnie z naszymi przepisami autobusy mają przegląd techniczny co pięć tysięcy kilometrów – informuje Stawicki.

– Sukcesywnie wymieniamy tabor – przekonuje Igor Krajnow, rzecznik Zarządu Transportu Miejskiego. W przyszłym roku zostanie rozpisany przetarg na dla prywatnych przewoźników obsługujących miasto, którzy kupią 100 autobusów. Wszystkie przestarzałe ikarusy mają zostać wycofane z ulic dopiero do 2011 roku.

Policja i Inspekcja Ruchu Drogowego zapowiadają kolejne kontrole.






Strona 3 z 3 • Zostało znalezionych 78 postów • 1, 2, 3
 
 
Podobne strony
 
 
   
Copyright 2006 Sitename.com. Designed by Web Page Templates